Kiedy teściowa dyktuje Święta: Dlaczego odmówiłam pieczenia karpia
— Maria, nie zapomnij, że w tym roku karpia pieczesz ty. Ale tym razem będę patrzeć ci na ręce — powiedziała Zofia, moja teściowa, z tym swoim lodowatym uśmiechem, który zawsze zwiastował kłopoty. Stałam przy kuchennym blacie, ścierając ręce o fartuch, czując jak napięcie rośnie z każdą minutą. W powietrzu unosił się zapach pierników i goździków, ale dla mnie ten wieczór już dawno przestał pachnieć świętami.
Od zeszłego roku, kiedy to karp wyszedł mi suchy jak wiór i cała rodzina patrzyła na mnie z mieszaniną współczucia i rozczarowania, Zofia nie dawała mi spokoju. Przypominała o tym przy każdej okazji — na imieninach, podczas niedzielnych obiadów, nawet przez telefon. „Moja mama zawsze robiła idealnego karpia. Ale nie każdy potrafi” — rzucała niby od niechcenia. Mój mąż, Tomek, próbował mnie pocieszać, ale wiedziałam, że i on czuje presję. W końcu to jego matka.
W tym roku Zofia postanowiła przejąć kontrolę. Już od rana krzątała się po naszej kuchni, ustawiając garnki i przyprawy według własnego uznania. „Nie tak się sieka cebulę, Mario. Karpia trzeba solić godzinę wcześniej. Nie za dużo pieprzu!” — jej głos był jak nieustanny alarm. Czułam się jak uczennica na egzaminie, a nie gospodyni we własnym domu.
W pewnym momencie poczułam, że mam dość. Moje ręce drżały, kiedy kroiłam warzywa. Zofia stała tuż za mną, komentując każdy mój ruch. — Może lepiej ja to zrobię? — zaproponowała z fałszywą troską.
— Nie, Zofio. Wiesz co? Nie będę piekła karpia w tym roku — powiedziałam nagle, sama zaskoczona własną odwagą. W kuchni zapadła cisza tak gęsta, że można by ją kroić nożem.
Zofia spojrzała na mnie z niedowierzaniem. — Co ty mówisz? Przecież to tradycja! U nas zawsze kobieta domu piecze karpia!
— Ale ja nie chcę być kobietą domu na twoich zasadach — odpowiedziałam cicho, ale stanowczo. — Mam dość bycia ocenianą i krytykowaną za wszystko, co robię. To są też moje święta.
W tym momencie do kuchni wszedł Tomek. Spojrzał na nas obie i od razu wyczuł napięcie.
— Co się dzieje? — zapytał niepewnie.
— Twoja żona odmawia pieczenia karpia! — wykrzyknęła Zofia, jakby ogłaszała koniec świata.
Tomek spojrzał na mnie pytająco. W jego oczach widziałam zmęczenie tą coroczną walką o świąteczne tradycje.
— Mamo, może w tym roku spróbujemy czegoś innego? — zaproponował nieśmiało.
— Czego innego?! — Zofia była oburzona. — To już nawet karpia nie możemy mieć na Wigilię? Co powiem rodzinie?
Poczułam łzy napływające do oczu. Przez chwilę miałam ochotę się poddać, przeprosić i zrobić wszystko po jej myśli. Ale coś we mnie pękło.
— Powiesz im prawdę — powiedziałam cicho. — Że w tym roku postanowiliśmy zrobić Wigilię po swojemu. Że nie chcemy już kłótni o jedzenie i krytyki przy stole.
Zofia patrzyła na mnie długo, jakby próbowała zrozumieć, czy naprawdę mówię poważnie. W końcu wzruszyła ramionami i wyszła z kuchni bez słowa.
Zostałam sama z Tomkiem. Usiadłam przy stole i ukryłam twarz w dłoniach.
— Przepraszam — wyszeptałam. — Nie chciałam psuć świąt.
Tomek usiadł obok mnie i objął mnie ramieniem.
— Nie psujesz świąt. Może wreszcie będą nasze — powiedział cicho.
Wieczorem atmosfera była napięta. Zofia siedziała przy stole z miną męczennicy, a reszta rodziny udawała, że nic się nie stało. Zamiast karpia był łosoś w pieprzu cytrynowym i sałatka jarzynowa według mojego przepisu. Dzieci były zachwycone zmianą, a nawet teść pochwalił nowy smak.
Ale Zofia milczała przez całą kolację. Czułam jej wzrok na sobie za każdym razem, gdy sięgałam po kolejną potrawę. Po kolacji zebrała się szybko do wyjścia, rzucając tylko krótkie „dziękuję” przez ramię.
Kiedy zamknęły się za nią drzwi, poczułam ulgę zmieszaną z żalem. Czy naprawdę musiało do tego dojść? Czy święta zawsze muszą być polem walki o tradycje i władzę?
Siedząc przy pustym stole, patrząc na resztki łososia i niedopite kieliszki kompotu z suszu, zastanawiałam się: czy warto było się zbuntować? Czy można być szczęśliwym w rodzinie, jeśli ciągle trzeba walczyć o swoje miejsce? Może czasem trzeba coś złamać, żeby w końcu poczuć się wolnym?