„Co roku rodzina mojego męża psuje mu urodziny, a ja haruję w kuchni – w tym roku spróbowałam czegoś innego, ale nie wyszło tak, jak chciałam”
— Znowu? — wyszeptałam, patrząc na telefon, który zawibrował na kuchennym blacie. Wiadomość od teściowej: „Będziemy za godzinę! Cała rodzina już się cieszy na urodziny Pawła!”
Zacisnęłam zęby. Była sobota rano, dzień urodzin mojego męża. Od lat wyglądało to tak samo: jego rodzina wpadała bez zapowiedzi, z pustymi rękami i wielkimi apetytami. Ja, Marta, żona Pawła od ośmiu lat, zamieniałam się w kuchenną niewolnicę. Zamiast świętować z mężem, biegałam między garnkami, piekarnikiem i stołem, podczas gdy oni śmiali się w salonie, rozmawiali głośno i oczekiwali kolejnych dań. Nawet nie pytali, czy czegoś trzeba pomóc.
W zeszłym roku płakałam w łazience. Wcześniej przez dwa dni gotowałam bigos, piekłam sernik i robiłam sałatki. W dzień urodzin Paweł był szczęśliwy, ale ja czułam się jak cień. Nikt nawet nie podziękował. Teściowa tylko rzuciła: „No, Marta, jak zwykle wszystko pyszne!” i zaczęła narzekać na pogodę.
W tym roku postanowiłam: koniec z tym. Nie będę się poświęcać. Chciałam spędzić ten dzień inaczej – z Pawłem, na spacerze po Łazienkach, z kawą i ciastkiem w ulubionej kawiarni. Powiedziałam mu o tym tydzień wcześniej.
— Kochanie, w tym roku nie robię wielkiego obiadu. Chcę być z tobą, nie z garnkami — powiedziałam stanowczo.
Paweł spojrzał na mnie zaskoczony:
— Ale mama pewnie i tak przyjdzie…
— To niech przyjdzie. Ale ja nie będę gotować dla dwunastu osób! — odparłam.
Przez kilka dni czułam ulgę. Może wreszcie ktoś zauważy, że nie jestem robotem kuchennym? Może teściowa przyniesie chociaż ciasto?
W dniu urodzin Paweł był trochę spięty. Próbował mnie przekonać:
— Może jednak coś ugotujesz? Chociaż rosół?
— Nie — odpowiedziałam twardo. — Zamówimy pizzę albo pójdziemy do kawiarni.
Kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi, poczułam ścisk w żołądku. Otworzyłam. W progu stała teściowa z szerokim uśmiechem i siatką… pełną pustych pojemników na jedzenie.
— Cześć kochanie! — krzyknęła. — No to co dziś dobrego przygotowałaś?
Za nią weszli szwagier z żoną i trójką dzieci, szwagierka z narzeczonym i dziadek. Wszyscy rozsiadali się w salonie, zdejmowali buty, rozmawiali głośno.
— Marta, podasz kawę? — zapytała teściowa już po pięciu minutach.
Wzięłam głęboki oddech.
— Dziś nie gotuję obiadu — powiedziałam spokojnie. — Chciałam spędzić ten dzień z Pawłem inaczej. Możemy zamówić pizzę albo pójść razem na spacer.
Zapadła cisza. Teściowa spojrzała na mnie jakbym ogłosiła koniec świata.
— Ale jak to? Przecież zawsze robisz obiad! — wykrztusiła.
Szwagierka zaczęła szeptać coś do narzeczonego. Dzieci jęknęły: „A nie będzie tortu?”
Paweł patrzył na mnie bezradnie.
— Może jednak…
— Nie — przerwałam mu. — W tym roku nie dam się wykorzystać.
Teściowa usiadła ciężko na kanapie.
— No dobrze… To może chociaż herbaty?
Zaparzyłam herbatę i postawiłam na stole kilka ciastek ze sklepu. Atmosfera była napięta jak struna. Rozmowy były krótkie, pełne niedopowiedzeń.
Po godzinie teściowa zaczęła zbierać się do wyjścia.
— No cóż… Szkoda, że nie mogliśmy zjeść razem obiadu. Ale skoro Marta nie chce…
Szwagierka rzuciła mi spojrzenie pełne wyrzutu.
— U nas w domu zawsze jest miejsce dla rodziny — powiedziała cicho.
Kiedy wszyscy wyszli, Paweł patrzył na mnie długo.
— Nie wiem, czy dobrze zrobiłaś…
Poczułam łzy pod powiekami.
— A ja wiem, że tak musiałam — odpowiedziałam drżącym głosem. — Ile razy jeszcze mam być służącą we własnym domu?
Wieczorem Paweł był milczący. Ja też nie miałam ochoty na rozmowę. Czułam się winna i jednocześnie dumna. Czy naprawdę zrobiłam coś złego? Czy to źle postawić granicę?
Następnego dnia zadzwoniła teściowa.
— Marta… Wiem, że chciałaś dobrze, ale rodzina to rodzina. Takie rzeczy się pamięta…
Nie odpowiedziałam od razu. W głowie miałam tysiące myśli: czy rzeczywiście bycie dobrą żoną oznacza poświęcenie siebie? Czy mam prawo oczekiwać szacunku dla własnych granic?
Dziś siedzę przy kuchennym stole i patrzę przez okno na szare warszawskie niebo. Wciąż czuję ciężar tej decyzji – i ulgę zarazem. Czy naprawdę jestem egoistką? Czy może po prostu nauczyłam się w końcu mówić „nie”? Może czasem trzeba rozczarować innych, żeby przestać rozczarowywać samą siebie?
A wy… co byście zrobili na moim miejscu?