Gość we własnym domu: historia polskiej synowej
– Znowu nie tak, Marto! – głos teściowej przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam z łyżką w ręku, próbując wymieszać zupę ogórkową według jej przepisu, choć już dawno straciłam rachubę, ile razy słyszałam, że „u nas w domu robi się to inaczej”.
Miałam dwadzieścia sześć lat, kiedy wyszłam za Pawła. Wydawało mi się, że miłość pokona wszystko – różnice charakterów, przyzwyczajenia, nawet rodzinne animozje. Ale już pierwszego dnia po ślubie, gdy przekroczyłam próg domu jego rodziców w podwarszawskim Piastowie, poczułam się jak gość. A może nawet gorzej – jak intruzka.
– Mamo, daj jej spokój – próbował interweniować Paweł, ale jego głos był cichy i niepewny. Wiedziałam, że nie chce konfliktu. Jego matka, pani Halina, była kobietą twardą, przyzwyczajoną do rządzenia. W domu wszystko musiało być po jej myśli: od ustawienia talerzy po wybór firanek.
Pierwsze tygodnie były jak niekończący się egzamin. Każdego dnia czułam na sobie jej spojrzenie – oceniające, chłodne. Nawet kiedy starałam się jak mogłam, zawsze znalazła coś do poprawienia. „Za mało koperku”, „ziemniaki za twarde”, „Paweł lubi inaczej”.
Wieczorami płakałam w łazience, tłumiąc szloch w ręcznik. Paweł próbował mnie pocieszać:
– Kochanie, ona się przyzwyczai. Musisz być cierpliwa.
Ale ile można być cierpliwym?
W pracy trzymałam fason. Pracowałam w bibliotece miejskiej i tam czułam się sobą – spokojna, kompetentna, lubiana przez koleżanki. Ale wracając do domu, czułam narastający lęk. Co dziś zrobię źle? Co usłyszę?
Najgorsze były niedziele. Cała rodzina zjeżdżała się na obiad: szwagierka Ania z mężem i dziećmi, szwagier Tomek z narzeczoną. Wszyscy siedzieli przy stole, a ja czułam się jak kelnerka na dyżurze.
– Marta, podaj surówkę! Marta, przynieś kompot! – rozkazywała teściowa.
Kiedyś Ania rzuciła:
– U nas w domu zawsze było porządnie. Mama dbała o wszystko.
Zabolało mnie to bardziej niż chciałam przyznać.
Z czasem zaczęłam unikać wspólnych posiłków. Zamykałam się w pokoju pod pretekstem bólu głowy albo pracy. Paweł coraz częściej wychodził z kolegami – chyba też miał dość napięcia.
Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę teściowej z teściem:
– Ona nie pasuje do naszej rodziny. Cicha, zamknięta w sobie. Paweł mógł znaleźć kogoś lepszego.
Serce mi pękło. Chciałam wybiec i krzyknąć: „Przecież się staram! Kocham waszego syna!” Ale zabrakło mi odwagi.
Wkrótce zaczęły się kłótnie z Pawłem.
– Nie rozumiesz mnie – mówiłam przez łzy.
– Próbuję! Ale to mój dom…
– A ja? Gdzie jest mój dom?
Czułam się coraz bardziej samotna. Nawet mama przez telefon powtarzała:
– Musisz się dostosować. Takie życie synowej.
Ale czy naprawdę muszę rezygnować z siebie?
Pewnego dnia wróciłam wcześniej z pracy i zobaczyłam teściową przeglądającą moje rzeczy w szafie.
– Co pani robi?!
– Szukam obrusu. U nas wszystko musi być na swoim miejscu.
Poczułam upokorzenie i gniew.
Wieczorem powiedziałam Pawłowi:
– Albo coś zmienimy, albo odchodzę.
Patrzył na mnie długo, po czym wyszedł bez słowa.
Następne dni były koszmarem. Teściowa chodziła obrażona, Paweł milczał. W końcu przyszedł do mnie do biblioteki.
– Wynajmiemy mieszkanie. Musimy spróbować żyć po swojemu.
Poczułam ulgę i strach jednocześnie.
Przeprowadzka była jak wyzwolenie. Małe dwupokojowe mieszkanie na Ursynowie wydawało mi się pałacem wolności. Pierwszy raz od miesięcy spałam spokojnie.
Ale relacje z rodziną Pawła pogorszyły się jeszcze bardziej. Teściowa nie odzywała się do mnie przez pół roku. Na święta przyszło tylko krótkie życzenie SMS-em: „Wesołych Świąt”.
Paweł też przeżywał rozterki:
– Moja mama mnie potrzebuje…
– A ja?
Zaczęliśmy chodzić na terapię dla par. Tam pierwszy raz powiedziałam głośno:
– Czuję się jak gość we własnym domu. Chcę być żoną, a nie służącą.
Paweł słuchał ze spuszczoną głową.
Po kilku miesiącach powoli zaczęliśmy budować własne zasady. Uczyliśmy się rozmawiać bez krzyku i pretensji. Czasem odwiedzaliśmy rodziców Pawła – na krótko, bez nocowania.
Któregoś dnia teściowa zadzwoniła:
– Marta… może wpadniecie na obiad? Sama nie dam rady wszystkiego przygotować.
To był pierwszy raz, kiedy poprosiła mnie o pomoc zamiast rozkazywać.
Zgodziłam się. Przy stole było spokojniej niż zwykle. Nawet Ania uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo.
Minęły dwa lata od ślubu. Nadal zdarzają się spięcia i nieporozumienia, ale już wiem jedno: dom to nie miejsce ani meble po babci. Dom to ludzie, którzy cię szanują i kochają – nawet jeśli czasem trudno im to okazać.
Czasem patrzę na Pawła i pytam siebie: czy warto było tyle walczyć? Czy każda synowa musi przechodzić przez taki egzamin? A może wystarczy po prostu nauczyć się mówić „nie” i walczyć o siebie?