Dwadzieścia lat ciszy: propozycja, która zmienia wszystko
— Nie wierzę, że tu jesteś — powiedziałam cicho, patrząc na Andrzeja, który stał w progu mojego mieszkania, jakby dwadzieścia lat nie minęło. W dłoniach ściskałam kubek z herbatą, a serce waliło mi jak oszalałe. Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz się obudzę i wszystko okaże się snem. Ale on był prawdziwy. Mój były mąż, człowiek, który zniknął z mojego życia bez słowa wyjaśnienia, nagle wrócił.
— Musimy porozmawiać, Marto — jego głos był spokojny, niemal obcy. — To ważne.
Nie chciałam go wpuszczać. Przez tyle lat nauczyłam się żyć bez niego, zbudowałam świat dla siebie i naszego syna, Pawła. Ale ciekawość i niepokój zwyciężyły. Wpuściłam go do środka. Usiadł na kanapie, jakby nigdy stąd nie odszedł.
— O co chodzi? — spytałam, starając się brzmieć chłodno.
Andrzej spojrzał na mnie uważnie. — Wiem, że nie masz powodu mi ufać. Ale mam propozycję… dla Pawła.
Zamarłam. Wszystko we mnie krzyczało, żeby go wyrzucić za drzwi. Ale kiedy padło imię naszego syna, poczułam znajome ukłucie w sercu.
— Paweł jest dorosły — powiedziałam ostrożnie. — Jeśli chcesz z nim rozmawiać, powinieneś to zrobić sam.
— To nie takie proste — Andrzej spuścił wzrok. — Chodzi o moje mieszkanie na Mokotowie. Chcę je przepisać na Pawła… ale pod jednym warunkiem.
Zacisnęłam dłonie na kubku tak mocno, że aż zabolało. — Jakim?
— Musisz ponownie za mnie wyjść.
Przez chwilę nie mogłam oddychać. W głowie miałam mętlik. Czy on oszalał? Po tylu latach ciszy wraca i stawia mi taki warunek? Poczułam gniew i upokorzenie.
— To jakiś żart? — syknęłam przez zaciśnięte zęby.
— Nie — odpowiedział spokojnie. — Wiem, że to brzmi absurdalnie. Ale… jestem chory. Bardzo chory. Lekarze dają mi kilka miesięcy. Chcę naprawić to, co zepsułem… choć trochę. Jeśli się zgodzisz, Paweł dostanie mieszkanie bez żadnych komplikacji prawnych. Jeśli nie… wszystko przepiszę na fundację.
Wstałam gwałtownie. — Po dwudziestu latach milczenia wracasz i szantażujesz mnie naszym synem? Myślisz, że możesz tak po prostu wejść do mojego życia i wszystko ustawić po swojemu?
Andrzej patrzył na mnie z bólem w oczach. — Wiem, że nie mam prawa niczego żądać. Ale proszę cię… dla Pawła.
Kiedy wyszedł, długo stałam przy oknie, patrząc na ciemne ulice Warszawy. W głowie kłębiły mi się wspomnienia: nasze pierwsze spotkanie na studiach, ślub w małym kościele na Pradze, narodziny Pawła… a potem jego odejście bez słowa. Przez lata tłumaczyłam synowi, że tata musiał wyjechać za granicę do pracy, żeby nie czuł się porzucony. Sama płakałam nocami do poduszki.
Następnego dnia zadzwoniła mama. Jakby przeczuwała, że coś jest nie tak.
— Marto, co się dzieje? Jesteś jakaś inna ostatnio.
Zawahałam się przez chwilę, ale w końcu opowiedziałam jej wszystko. Zamilkła na dłuższą chwilę.
— Dla dziecka matka zrobi wszystko… Ale czy ty dasz radę znowu mu zaufać? Czy nie zniszczy cię to jeszcze bardziej?
Nie spałam całą noc. W głowie miałam tysiące pytań i żadnej odpowiedzi. Paweł wrócił późno z pracy.
— Mamo, co jest? Wyglądasz jakbyś widziała ducha.
Usiadłam naprzeciwko niego i spojrzałam mu w oczy.
— Twój ojciec był dziś u mnie.
Paweł zamarł. — Co? Po tylu latach?
Opowiedziałam mu o propozycji Andrzeja. Siedział długo w ciszy, bawiąc się łyżeczką od herbaty.
— To chore — powiedział w końcu cicho. — Nie chcę tego mieszkania za taką cenę.
— Ale to twoja przyszłość…
— Mamo! Ty już wystarczająco dużo poświęciłaś przez niego! Nie rób tego dla mnie!
Poczułam łzy pod powiekami. Paweł był dorosły, ale wciąż widziałam w nim małego chłopca, którego musiałam chronić przed światem.
Przez kolejne dni żyłam jak w zawieszeniu. Mama dzwoniła codziennie, próbując mnie przekonać do różnych rozwiązań: „Może to tylko formalność? Może warto dla syna?”
W pracy byłam rozkojarzona. Koleżanka z biura zauważyła moje roztrzęsienie.
— Marta, co się dzieje? Wyglądasz jak cień samej siebie.
Westchnęłam ciężko i opowiedziałam jej całą historię.
— To okrutne stawiać cię w takiej sytuacji — powiedziała ze współczuciem. — Ale pamiętaj: twoje życie też jest ważne.
Wieczorem zadzwonił Andrzej.
— Przemyślałaś to?
— Tak — odpowiedziałam drżącym głosem. — Nie zrobię tego. Nie mogę poświęcić siebie jeszcze raz dla twojego poczucia winy.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Rozumiem… Przepraszam cię za wszystko — wyszeptał i odłożył słuchawkę.
Poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Wiedziałam, że Paweł nie dostanie mieszkania, ale też nie pozwoliłam sobie odebrać resztek godności i spokoju ducha.
Czy postąpiłam słusznie? Czy matka powinna zawsze poświęcać siebie dla dziecka? A może czasem trzeba postawić granicę i zadbać o własne szczęście? Może właśnie teraz nadszedł ten moment…