Nie uciekaj przed sobą, Ewo: Jak uciekłam sprzed ołtarza i odzyskałam siebie

— Ewa, czy możesz dodać jeszcze trochę cukru do tych naleśników? — głos pani Krystyny, matki mojego narzeczonego, rozbrzmiał w kuchni jak rozkaz, nie prośba. Stałam przy kuchence, mieszając ciasto, a moje dłonie drżały. W powietrzu unosił się zapach smażonych naleśników i napięcia, które narastało od miesięcy.

Patrzyłam na swoje odbicie w oknie. Widziałam tam kogoś obcego — dziewczynę z podkrążonymi oczami, w poplamionym fartuchu, która coraz mniej przypominała Ewę, jaką znałam. „To tylko kilka tygodni do ślubu” — powtarzałam sobie w myślach, ale zamiast radości czułam coraz większy ciężar.

— Ewa, pamiętaj, żeby nie zapomnieć o obrączkach na próbę — dodał mój narzeczony, Tomek, nie odrywając wzroku od telefonu. — Mama mówiła, że musisz je odebrać dzisiaj.

Chciałam krzyknąć: „A co ja chcę? Czy ktoś mnie pyta, czego pragnę?” Ale zamiast tego skinęłam głową i wróciłam do smażenia. Czułam się jak aktorka w kiepskim przedstawieniu, odgrywająca rolę idealnej narzeczonej.

Wieczorem zadzwoniła moja mama. — Ewuniu, wszystko gotowe na ślub? — zapytała z entuzjazmem. — Tyle ludzi się cieszy! Babcia już kupiła nową sukienkę.

— Tak, mamo — odpowiedziałam cicho. — Wszystko gotowe.

Ale nic nie było gotowe. W środku byłam rozbita na tysiąc kawałków. Każdy dzień przynosił nowe oczekiwania: dekoracje, menu, lista gości. Każdy miał swoje zdanie. Ja miałam milczeć i się uśmiechać.

Pamiętam dzień, kiedy wszystko się zmieniło. Był poniedziałek. Siedziałam na ławce w parku z Magdą, moją przyjaciółką od liceum.

— Ewa, ty nie jesteś szczęśliwa — powiedziała nagle. — Wiem to. Znam cię za dobrze.

Zacisnęłam dłonie na kubku kawy. — Nie mogę tego zrobić wszystkim…

— A sobie możesz to zrobić? — przerwała mi ostro. — Naprawdę chcesz żyć cudzym życiem?

Wróciłam do domu z bijącym sercem. W nocy nie mogłam spać. Przewracałam się z boku na bok, słysząc w głowie głosy: „To twoja powinność”, „Nie zawiedź rodziny”, „Tomek jest dobrym człowiekiem”.

Ale ja nie czułam już nic do Tomka poza wdzięcznością i… lękiem. Lękiem przed tym, że jeśli powiem „nie”, zostanę sama. Że zawiodę wszystkich.

Dzień ślubu nadszedł szybciej niż się spodziewałam. W białej sukni patrzyłam w lustro i widziałam kogoś obcego. Moja mama poprawiała mi welon.

— Jesteś taka piękna… Tata byłby dumny — szepnęła ze łzami w oczach.

Chciałam jej powiedzieć prawdę: że nie jestem gotowa, że się boję, że nie chcę tego życia. Ale zabrakło mi odwagi.

W kościele wszystko działo się jak we śnie. Organy grały cicho, goście szeptali między sobą. Tomek stał przy ołtarzu, uśmiechnięty i pewny siebie.

Ksiądz zaczął mówić: — Czy ty, Ewo Nowak, chcesz poślubić tego mężczyznę…

Wtedy poczułam, jak coś we mnie pęka. Spojrzałam na Tomka, potem na mamę i babcię. Wszyscy patrzyli na mnie z oczekiwaniem.

— Przepraszam… — wyszeptałam drżącym głosem.

W kościele zapadła cisza tak głęboka, że słyszałam własne serce bijące jak dzwon.

— Przepraszam… Nie mogę…

Odwróciłam się i wybiegłam z kościoła. Słyszałam za sobą szmer głosów, płacz mamy i krzyk pani Krystyny: — Jak mogłaś nam to zrobić?!

Biegłam przez miasto w białej sukni, mijając zdziwionych przechodniów. Czułam się jak bohaterka taniego filmu, ale to była moja rzeczywistość.

Zatrzymałam się dopiero na moście nad Wisłą. Oparłam się o barierkę i płakałam jak dziecko. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam ulgę.

Telefon dzwonił bez przerwy: mama, Tomek, Magda. Nie odbierałam.

Wieczorem wróciłam do mieszkania Magdy. Przytuliła mnie bez słowa.

— Bałam się… — wyszeptałam.

— Ale zrobiłaś to — odpowiedziała cicho. — Teraz możesz zacząć żyć po swojemu.

Przez kolejne dni byłam tematem plotek w całym mieście. Sąsiadki patrzyły na mnie z potępieniem, rodzina Tomka przysłała mi list pełen wyrzutów.

Mama długo nie chciała ze mną rozmawiać. Dopiero po tygodniu przyszła do mnie do kawiarni.

— Ewa… Dlaczego? — zapytała cicho.

Spojrzałam jej w oczy przez łzy.

— Bo nigdy nie pytałaś mnie, czego ja chcę…

Milczała długo, a potem tylko mnie przytuliła.

Zaczęłam powoli układać sobie życie na nowo. Znalazłam pracę w księgarni, zapisałam się na kurs fotografii. Zaczęłam znów pisać wiersze i spotykać się z ludźmi, którzy mnie rozumieli.

Czasem jeszcze budzę się w nocy z poczuciem winy i lękiem przed przyszłością. Ale wiem jedno: wolność boli mniej niż życie w kłamstwie.

Czy warto było uciec sprzed ołtarza? Czy miałam prawo wybrać siebie kosztem tylu rozczarowań? A może czasem trzeba być egoistką, żeby naprawdę żyć?