„Babciu, dam Ci szczeniaka, żebyś nie była taka samotna po dziadku” – gest Natana i jego nieoczekiwane skutki, które rozdarły naszą rodzinę

– Babciu, mam dla Ciebie niespodziankę! – usłyszałam głos Natana, zanim jeszcze zdążyłam zamknąć drzwi wejściowe. Stał na progu z szerokim uśmiechem i czymś małym, kudłatym w ramionach. Zanim zdążyłam zapytać, co to za niespodzianka, już czułam na dłoniach ciepły, drżący ciężar. Szczeniak. Mały, roztrzęsiony kundelek z wielkimi oczami, które patrzyły na mnie z takim samym przerażeniem, jak ja patrzyłam na niego.

– To dla Ciebie, babciu. Żebyś nie była taka samotna po dziadku – powiedział Natan z dumą, jakby właśnie wręczył mi klucz do nowego życia. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu. W mojej głowie kłębiły się myśli: „Co ja mam teraz zrobić? Przecież nie potrafię się nim zająć. Nie chcę psa. Chcę mojego męża”.

Ale Natan patrzył na mnie z taką nadzieją, że nie potrafiłam odmówić. Uśmiechnęłam się więc blado i przytuliłam szczeniaka do piersi. – Dziękuję, kochanie – wyszeptałam, choć w środku czułam tylko pustkę i strach.

Wieczorem zadzwoniła do mnie córka, Agnieszka. – Mamo, Natan powiedział mi o tym psie. Czy Ty naprawdę chcesz się nim zajmować? Przecież masz już swoje lata, a pies to obowiązek! – Jej głos był ostry, pełen niepokoju i pretensji.

– Agnieszko, on już tu jest. Nie mogę go oddać. Natan byłby załamany – odpowiedziałam cicho.

– Ale mamo, Ty nawet nie wychodzisz już sama na spacery! Jak sobie poradzisz? – naciskała dalej.

– Poradzę sobie – skłamałam. W rzeczywistości nie miałam pojęcia, jak to będzie.

Pierwsze dni były koszmarem. Szczeniak płakał nocami, sikał po kątach i gryzł wszystko, co znalazł na podłodze. Ja płakałam razem z nim, choć starałam się robić to po cichu. Każda rzecz w domu przypominała mi o mężu: jego kapcie pod łóżkiem, kubek na stole, zapach w szafie. Teraz do tego wszystkiego doszedł chaos i hałas.

Z czasem jednak zaczęłam zauważać coś dziwnego. Szczeniak – nazwałam go Burek – zaczął za mną chodzić krok w krok. Gdy siadałam na fotelu i patrzyłam przez okno na pusty ogród, kładł łeb na moich kolanach i patrzył na mnie tymi swoimi wielkimi oczami. Czułam wtedy coś na kształt ulgi. Może nawet wdzięczności?

Ale rodzina zaczęła się dzielić. Agnieszka była wściekła na Natana za ten pomysł. Mój syn Tomek uważał, że pies to dobry pomysł, bo „babcia musi mieć zajęcie”. Wnuczka Ola pisała do mnie wiadomości: „Babciu, czy Burek już nauczył się siadać?”

Wszystko to sprawiało, że czułam się jak pole bitwy. Każdy miał swoje zdanie na temat tego, co powinnam czuć i robić. A ja… ja po prostu tęskniłam za mężem i próbowałam jakoś przetrwać każdy kolejny dzień.

Pewnego wieczoru Agnieszka przyszła do mnie bez zapowiedzi. Weszła do kuchni i zobaczyła mnie siedzącą na podłodze z Burkiem na kolanach. Płakałam.

– Mamo… – zaczęła cicho i usiadła obok mnie. – Przepraszam, że byłam taka ostra. Po prostu się o Ciebie martwię.

– Wiem – odpowiedziałam przez łzy. – Ale ja naprawdę nie wiem już, co jest dla mnie dobre. Chciałabym tylko… żeby ktoś mnie przytulił.

Agnieszka objęła mnie ramieniem i przez chwilę siedziałyśmy tak w ciszy. Burek polizał mnie po dłoni i wtulił się mocniej.

– Może powinniśmy częściej rozmawiać? – zaproponowała Agnieszka. – O tacie… o wszystkim.

Pokiwałam głową. Wiedziałam, że to prawda. Od śmierci męża wszyscy uciekaliśmy od rozmów o nim, jakby milczenie miało sprawić, że ból zniknie.

Następnego dnia zadzwonił Tomek.

– Mamo, słyszałem, że Burek rozrabia? Może przyjadę w weekend i pomogę Ci z ogrodem? – zapytał z lekkim uśmiechem w głosie.

– Przyjedź – odpowiedziałam bez wahania.

W sobotę cała rodzina zebrała się u mnie na obiedzie. Było głośno, chaotycznie i… dobrze. Burek biegał między nogami dzieci, szczekał radośnie i wywracał miski z jedzeniem. W pewnym momencie spojrzałam na Natana.

– Dziękuję Ci za Burka – powiedziałam cicho.

Natan uśmiechnął się szeroko.

– Wiedziałem, że będzie dobrze, babciu.

Ale czy naprawdę było dobrze? Czy pies mógł uleczyć pustkę po kimś tak ważnym jak mój mąż? Czy można zastąpić miłość człowieka miłością zwierzęcia? Czasem wydaje mi się, że Burek jest tylko plasterkiem na ranę, która nigdy się nie zagoi.

Dziś patrzę na niego i myślę: może samotność to nie jest coś, co trzeba leczyć za wszelką cenę? Może trzeba ją po prostu przeżyć… razem z kimś – nawet jeśli tym kimś jest mały kundelek z wielkimi oczami.

Czy można naprawdę uleczyć samotność, nie raniąc przy tym innych? A może każda próba niesienia pomocy niesie ze sobą ryzyko nowych ran? Co Wy o tym myślicie?