„Każdego dnia gotuję dla Damiana: Kiedy wystarczy?” – Moja walka o własne życie w cieniu kuchni i oczekiwań

– Zuzka, znowu odgrzewane? – głos Damiana rozbrzmiewa w kuchni, zanim jeszcze zdążę postawić talerz na stole. Wiem, co zaraz usłyszę. – Przecież mówiłem, że nie lubię wczorajszego jedzenia.

Patrzę na niego przez chwilę, próbując ukryć drżenie rąk. W środku aż się we mnie gotuje. Jestem po dziesięciu godzinach pracy w biurze rachunkowym, w autobusie stałam 40 minut w korku, a potem jeszcze szybkie zakupy i bieg do domu. Marzyłam tylko o tym, żeby usiąść na chwilę z książką albo po prostu zamknąć oczy. Ale Damian nie uznaje kompromisów – obiad musi być świeży, pachnący, najlepiej dwudaniowy. I tak od lat.

– Damian, nie miałam dziś czasu… – zaczynam cicho, ale on już przewraca oczami.

– Zawsze nie masz czasu. A ja mam jeść zimne ziemniaki? Po co w ogóle gotujesz, skoro nie potrafisz zrobić tego porządnie?

Czuję, jak łzy napływają mi do oczu. Odkładam talerz i wychodzę do łazienki. Zamykam się na klucz i opieram czoło o zimne kafelki. Oddycham głęboko. „To tylko jedzenie”, powtarzam sobie w myślach. Ale wiem, że to nie o jedzenie chodzi.

Kiedyś myślałam, że wspólne posiłki będą naszym rytuałem bliskości. Że będziemy rozmawiać przy stole, śmiać się z drobiazgów. Tymczasem gotowanie stało się moim więzieniem. Każdego dnia budzę się przed szóstą, żeby przygotować śniadanie i kanapki do pracy. Po południu biegnę do sklepu, potem do kuchni – kroję, smażę, gotuję. Damian wraca z pracy i od progu pyta: „Co dziś na obiad?” Jeśli odpowiem: „Zupa z wczoraj”, widzę cień niezadowolenia na jego twarzy.

Moja mama mówiła mi kiedyś: „Zuzka, kobieta powinna dbać o dom”. Ale czy to znaczy, że mam zapomnieć o sobie? O swoich marzeniach? O tym, że kiedyś chciałam malować obrazy, podróżować po świecie? Teraz moje życie to lista zakupów i harmonogram posiłków.

W pracy koleżanki śmieją się z moich opowieści:
– Zuzka, ty to masz z nim dobrze! Przynajmniej docenia domowe jedzenie!
Uśmiecham się wtedy krzywo i zmieniam temat. Bo jak im powiedzieć, że czuję się jak służąca we własnym domu?

W weekendy jest jeszcze gorzej. Damian zaprasza rodziców albo siostrę z rodziną. Wtedy muszę przygotować trzy dania i ciasto. Siedzę w kuchni od rana do wieczora, a potem słyszę od teściowej:
– Zupa trochę za słona, ale przynajmniej mięso miękkie.
A Damian tylko kiwa głową i nawet nie spojrzy mi w oczy.

Czasem próbuję rozmawiać:
– Damian, może dziś zamówimy pizzę?
Patrzy na mnie jak na kosmitkę:
– Przecież to niezdrowe! Poza tym ty tak dobrze gotujesz…
Ale ja już nie chcę być tylko kucharką.

Pamiętam dzień naszej rocznicy ślubu. Kupiłam bilety do teatru, marzyłam o wspólnym wieczorze poza domem. Damian wrócił z pracy i zapytał:
– Co na kolację?
Powiedziałam mu o teatrze.
– Ale ja jestem głodny! Nie mogłaś zrobić czegoś wcześniej?
Zrezygnowałam z wyjścia. Zostałam w domu i ugotowałam rosół.

Coraz częściej łapię się na tym, że nie poznaję siebie w lustrze. Zmęczone oczy, przygarbione ramiona. Gdzie jest ta Zuzka, która miała plany i marzenia? Gdzie jest ta dziewczyna z liceum, która chciała studiować historię sztuki?

Ostatnio zaczęłam pisać pamiętnik. Wieczorami siadam przy kuchennym stole i zapisuję wszystko, co czuję. Czasem płaczę nad kartką papieru. Czasem mam ochotę krzyczeć.

Wczoraj zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka Magda:
– Zuzka, chodź ze mną na jogę! Oderwiesz się trochę!
Chciałam powiedzieć „tak”, ale spojrzałam na zegarek – za godzinę Damian wróci do domu.
– Nie mogę… muszę zrobić obiad.
Magda milknie na chwilę.
– Zuzka… a ty kiedy ostatnio zrobiłaś coś dla siebie?
Nie wiem. Naprawdę nie wiem.

Wieczorem próbuję porozmawiać z Damianem:
– Słuchaj… jestem zmęczona tym codziennym gotowaniem. Może czasem sam coś przygotujesz? Albo zjemy coś prostszego?
Patrzy na mnie z niedowierzaniem:
– Przecież to twoja rola! Ja pracuję ciężko cały dzień!
A ja? Czy moja praca się nie liczy?

Coraz częściej myślę o tym, żeby wyjechać na kilka dni – po prostu zniknąć. Pojechać nad morze, posiedzieć na plaży i patrzeć w fale. Ale boję się zostawić Damiana samego – boję się jego gniewu i tego, co powiedzą inni.

Czasem wyobrażam sobie inną wersję siebie – taką, która potrafi powiedzieć „dość” i postawić granice. Ale potem wracam do rzeczywistości: zakupy, gotowanie, sprzątanie.

Dziś rano spojrzałam na siebie w lustrze i zapytałam: „Zuzka, kiedy ostatni raz byłaś szczęśliwa?” Nie umiałam odpowiedzieć.

Może powinnam zawalczyć o siebie? Może czas przestać być niewidzialna we własnym domu?

Czy naprawdę muszę wybierać między miłością a własnym szczęściem? Czy ktoś z was też czuje się czasem jak gość we własnym życiu?