„Powiedziałam jej, że gdyby miała sumienie, chociaż raz pozmywałaby naczynia”: Historia matki, która została sama i usłyszała od syna, że niszczy jego rodzinę

— Mamo, czy ty naprawdę nie widzisz, jak bardzo wszystko komplikujesz? — głos Michała drżał, a jego oczy były pełne wyrzutu. Stał w progu kuchni, zaciśnięte pięści wbijały się w uda. W tle słyszałam cichy płacz jego żony, Kasi, która zamknęła się w łazience po naszej kolejnej kłótni.

W tej chwili poczułam się jak intruz we własnym domu. Przecież to ja przez tyle lat walczyłam o ten dach nad głową, o spokój i bezpieczeństwo dla mojego syna. To ja zmywałam te naczynia, gotowałam obiady, chodziłam na wywiadówki i płakałam po nocach, kiedy Michał miał gorączkę albo kiedy nie miałam pieniędzy na nowe buty dla niego. A teraz on patrzył na mnie jak na wroga.

Mój świat rozpadł się trzynaście lat temu, kiedy Andrzej spakował walizki i wyszedł bez słowa. Michał miał wtedy trzy lata i nie rozumiał, dlaczego tata już nie wraca. Przez pierwsze miesiące nie spałam po nocach, nasłuchując każdego szmeru na klatce schodowej. Potem przyszła codzienność: praca w sklepie spożywczym, szybkie zakupy w Biedronce, wieczorne bajki czytane przy lampce nocnej. Byliśmy tylko we dwoje — ja i Michał. I wtedy przysięgłam sobie, że nigdy go nie zawiodę.

Wszystko podporządkowałam jemu. Nie miałam czasu na przyjaciółki ani na randki. Gdy koleżanki z pracy opowiadały o swoich wyjazdach nad morze czy nowych partnerach, ja myślałam tylko o tym, jak zapłacić rachunki i kupić Michałowi wymarzone klocki Lego na urodziny. Byłam dumna, kiedy dostał się do liceum z wyróżnieniem. Pękałam z radości, gdy dostał się na studia w Warszawie. Pomagałam mu finansowo, choć sama ledwo wiązałam koniec z końcem.

A potem pojawiła się Kasia. Miła dziewczyna z sąsiedztwa, cicha i nieśmiała. Michał przyprowadził ją do domu na święta Bożego Narodzenia. Pamiętam jej niepewny uśmiech i to, jak drżącymi rękami kroiła sernik. Chciałam ją polubić — naprawdę chciałam. Ale im dłużej była z nami, tym bardziej czułam się odsuwana na bok.

Zaczęły się drobne spięcia: o to, kto ma zmywać naczynia po obiedzie, kto kupił nie ten rodzaj mleka, kto zostawił otwarte okno w kuchni. Kasia była delikatna i wycofana — nie potrafiła powiedzieć mi prosto w oczy, że coś jej przeszkadza. Zamiast tego milczała albo płakała po kątach. Michał coraz częściej stawał po jej stronie.

Pewnego wieczoru usłyszałam ich rozmowę przez uchylone drzwi:
— Michał, ja już tak nie mogę… Twoja mama traktuje mnie jak służącą! — szlochała Kasia.
— Przesadzasz. Mama po prostu jest zmęczona… — próbował ją uspokoić.
— Ale ona nigdy nie jest zadowolona! Cokolwiek zrobię, zawsze jest źle!

Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Przecież chciałam tylko pomóc — pokazać jej, jak prowadzić dom, jak dbać o Michała…

A potem przyszedł ten dzień. Kasia wybiegła z kuchni ze łzami w oczach po tym, jak zwróciłam jej uwagę na brudne naczynia. Powiedziałam wtedy: „Gdybyś miała sumienie, chociaż raz pozmywałabyś naczynia”. Wiem, że to zabrzmiało okrutnie — ale byłam zmęczona i rozgoryczona.

Michał wszedł do kuchni i spojrzał na mnie tak, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu.
— Mamo… Ty naprawdę nie rozumiesz? Ty niszczysz moją rodzinę! — wykrzyczał.

Te słowa rozdarły mnie na pół. Przez całą noc siedziałam przy stole i patrzyłam na swoje ręce — te same ręce, które tuliły go do snu przez tyle lat. Czy naprawdę stałam się potworem? Czy moje poświęcenie nic nie znaczyło?

Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Michał z Kasią wynajęli mieszkanie na drugim końcu miasta. Rzadko dzwonią. Święta spędzam sama — gotuję barszcz dla jednej osoby i patrzę przez okno na bawiące się dzieci sąsiadów.

Czasem spotykam znajome na rynku i pytają: „Co u Michała? Jak tam wnuki?” Uśmiecham się wtedy sztucznie i mówię: „Wszystko dobrze”. Ale w środku czuję pustkę.

Najbardziej boli mnie to, że nie potrafię już znaleźć sensu w codzienności. Przez tyle lat żyłam tylko dla niego — a teraz zostałam sama ze swoimi wspomnieniami i żalem.

Czy naprawdę można poświęcić wszystko dla dziecka i zostać oskarżoną o zniszczenie jego szczęścia? Czy matka powinna nauczyć się odpuszczać wcześniej? A może to dzieci powinny być bardziej wdzięczne za nasze poświęcenie?

Czasem patrzę na swoje odbicie w lustrze i pytam: „Czy bycie dobrą matką zawsze musi oznaczać samotność?”