Zdrada, pogrzeb i pamięć USB: Jak odkryłam prawdę o mężu w najczarniejszym dniu mojego życia

— Nie płacz tak, Aniu. On by tego nie chciał — szepnęła mi do ucha ciotka Teresa, ściskając moją dłoń tak mocno, że aż poczułam ból. Ale ja nie mogłam przestać. Stałam nad trumną Michała, mojego męża, człowieka, którego kochałam przez dwadzieścia lat. Wszyscy patrzyli na mnie jak na świętą — żonę, która wytrwała przy nim do końca, matkę jego dzieci, kobietę, która teraz musi być silna.

Nie wiedzieli, że w środku byłam już tylko pustką. Że od tygodni czułam, że coś jest nie tak. Że Michał coraz częściej znikał wieczorami, tłumacząc się pracą albo spotkaniami z kolegami. Że w jego oczach pojawił się cień, którego nie umiałam nazwać. Ale nigdy nie sądziłam, że prawda okaże się aż tak bolesna.

Po pogrzebie dom wypełnił się ludźmi. Szwagierka Marta rozstawiała ciasta na stole, teściowa płakała w kącie salonu, a ja czułam się jak aktorka w kiepskim spektaklu. Każdy mówił mi coś innego: „Jesteś taka dzielna”, „Michał miał szczęście, że cię miał”, „Teraz musisz myśleć o dzieciach”. Chciałam tylko uciec. Zamknąć się w łazience i krzyczeć.

Wtedy podszedł do mnie Bartek, brat Michała. Zawsze był dla mnie jak młodszy brat — trochę nieporadny, ale dobry człowiek. Tym razem wyglądał na zdenerwowanego.

— Aniu, muszę z tobą porozmawiać — powiedział cicho. — To ważne.

Zeszliśmy do gabinetu Michała. Bartek wyjął z kieszeni małą pamięć USB.

— Znalazłem to w jego biurku. Nie wiem, czy powinnaś to oglądać… Ale chyba masz prawo wiedzieć.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem.

— O co chodzi?

— Po prostu… zobacz sama.

Zamknęłam drzwi i podłączyłam pendrive do laptopa Michała. Na ekranie pojawił się folder „Faktury”. Otworzyłam go — a tam dziesiątki plików: zdjęcia, maile, skany dokumentów. I jeden folder nazwany „Prywatne”.

Ręce mi drżały. Kliknęłam.

Pierwsze zdjęcie: Michał obejmujący młodą kobietę na tle morza. Drugie: ta sama kobieta z dzieckiem na kolanach — dzieckiem łudząco podobnym do naszej córki Zosi. Kolejne: maile pełne czułości, plany wspólnych wakacji, przelewy na konto o nazwisku, którego nie znałam.

Zrobiło mi się niedobrze.

— Bartek… — wyszeptałam. — Czy to znaczy…?

Bartek spuścił wzrok.

— Wiedziałem tylko o tej kobiecie. Myślałem, że Michał to zakończył… Przepraszam, Aniu.

Wybiegłam z gabinetu i zamknęłam się w łazience. Płakałam tak głośno, że aż musiałam zatkać sobie usta ręką. Jak on mógł? Jak mógł przez tyle lat żyć podwójnym życiem? Kochać inną kobietę? Mieć z nią dziecko?

Kiedy wyszłam, dom był już prawie pusty. Tylko teściowa siedziała przy stole i patrzyła w okno.

— Aniu… — zaczęła cicho. — Musimy porozmawiać o spadku.

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.

— Teraz? W dniu pogrzebu?

— Tak będzie lepiej dla wszystkich — powiedziała chłodno. — Michał zostawił testament. Ale… jest pewien problem.

Usiadłam naprzeciw niej. Czułam się jak w złym śnie.

— Jaki problem?

Teściowa wyciągnęła z torebki kopertę.

— Michał zapisał część majątku tej kobiecie i jej dziecku. Wiedziałam o tym od kilku miesięcy. Prosił mnie o dyskrecję.

Zatkało mnie. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu.

— Czyli wszyscy wiedzieliście? Tylko ja byłam ślepa?

— Nie wszyscy… Ale Bartek też wiedział. I Marta podejrzewała od dawna.

Wstałam gwałtownie od stołu.

— Dlaczego nikt mi nic nie powiedział?!

Teściowa wzruszyła ramionami.

— Chciał chronić rodzinę. I ciebie.

Poczułam narastającą wściekłość. Przez lata byłam lojalna, wierna, gotowa na wszystko dla tej rodziny. A oni wszyscy milczeli! Nawet własna siostra Michała!

Wieczorem zadzwoniła do mnie Marta.

— Aniu… Przepraszam. Chciałam ci powiedzieć, ale Michał mnie błagał…

— Nie chcę tego słuchać! — krzyknęłam do słuchawki i rozłączyłam się.

Przez kolejne dni żyłam jak w amoku. Dzieci pytały o tatę, a ja nie umiałam im odpowiedzieć na najprostsze pytania. Adwokat Michała zadzwonił z informacją o spotkaniu spadkowym — miałam tam poznać tę kobietę i jej dziecko.

Bałam się tego dnia jak niczego wcześniej.

Przyszła punktualnie: wysoka blondynka o zimnych oczach i chłodnym uśmiechu. Dziecko trzymało ją za rękę — chłopiec może siedmioletni, bardzo podobny do Michała z dzieciństwa.

— Dzień dobry — powiedziała cicho. — Nazywam się Katarzyna Nowak.

Nie mogłam wydobyć z siebie głosu.

Adwokat zaczął czytać testament. Każde słowo było jak nóż wbity w serce: „…część majątku przekazuję Katarzynie Nowak oraz naszemu synowi Adamowi…”

Katarzyna patrzyła na mnie bez cienia współczucia.

— Przykro mi — powiedziała po wszystkim. — Ale Michał kochał nas tak samo jak waszą rodzinę.

Chciałam ją uderzyć. Krzyczeć na nią, na Michała, na cały świat. Ale nie zrobiłam nic. Po prostu wyszłam z kancelarii i długo szłam bez celu po mieście.

Wróciwszy do domu, usiadłam przy stole i patrzyłam na zdjęcie Michała z naszymi dziećmi. Czy naprawdę go znałam? Czy przez dwadzieścia lat byłam tylko tłem dla jego drugiego życia?

Dziś minął miesiąc od pogrzebu. Nadal boli mnie każda myśl o nim — ale już nie płaczę tak często. Dzieci są dla mnie wszystkim i wiem, że muszę być silna dla nich i dla siebie.

Czasem zastanawiam się: czy lepiej byłoby żyć dalej w kłamstwie? Czy prawda naprawdę wyzwala? A może są sekrety, których nigdy nie powinniśmy odkrywać?